Menu

Stauffenberg? Nie mój bohater! Wyróżniony

Kadencja ustępującego prezydenta kończy się pod znakiem kolejnego absurdu w kwestii polityki historycznej! Bronisław Komorowski postanowił, że pojedzie do Berlina na uroczystości upamiętniające pułkownika Clausa von Stauffenberga, niemieckiego oficera, który 20 lipca 1944 przeprowadził nieudany zamach na Hitlera.

Najwidoczniej wykształcenie historyczne nie pomaga prezydentowi w racjonalnej ocenie tej postaci. Bo Stauffenberg, choć rzeczywiście podłożył bombę obok swojego Führera, nie powinien być bohaterem dla żadnego szanującego się Polaka!

Jest postawą cokolwiek śmieszną, że głowa III Rzeczpospolitej, reprezentant państwa będącego spadkobiercą II RP – tej najechanej w 1939 roku przez Niemców - dziś jedzie pomóc im legitymizować „opozycję antyhitlerowską”, na którą składają się…oficerowie biorący udział właśnie w agresji przeciwko Polsce. Nie trzeba przeprowadzać dogłębnej kwerendy źródłowej żeby dowiedzieć się, iż Stauffenberg służył we wrześniu ’39 roku w 1. lekkiej dywizji (później przemianowanej na 6. dywizję pancerną), a sama inwazja była całkowicie zbieżna z jego poglądami i wyznawaną ideologią. Wśród wielu niemieckich rodzin arystokratycznych panowało przekonanie, że ziemie wschodnie są od wieków domeną Niemiec. W ich percepcji zostały one wbrew konieczności dziejowej zaludnione przez Polaków i należy to zmienić. Sam Claus von Stauffenberg powiedział: „Jest kluczowe, byśmy zaczęli systematyczną kolonizację Polski. Nie mam jednak wątpliwości, że to nastąpi.” Człowiek, który wypowiedział podobne słowa musiał z niemałą satysfakcją uczestniczyć w ataku na nasze ziemie. Jego korespondencja po rozpoczęciu okupacji również wskazuje na wyjątkową nienawiść do Polaków. Zdaje się, że bardziej nienawidził tylko Żydów. W jednym z listów do żony charakteryzował polskie społeczeństwo: „To straszliwy motłoch, jest tu cała masa Żydów i mieszańców. Lud ten czuje się dobrze tylko pozostając pod batem. Tysiące jeńców będzie nam dobrze służyć w pracach rolniczych.” W powyższych słowach widać z jednej strony obrzydzenie przesiąkniętego nazizmem oficera, a z drugiej dumę z faktu, iż wkrótce Niemcy zaprowadzą na polskich ziemiach porządek i wykorzystają ludność do niewolniczej pracy. Być może w tamtym czasie listy o takiej treści mogły się podobać żonie Stauffenberga, ale na pewno nie powinny i nie mogą obecnie podobać się Polakom!

Nic dziwnego, że mając takie poglądy Stauffenberg wraz z innymi oficerami zaczął spiskować dopiero w roku 1944. Oczywiście Niemcy, którzy dziś czczą go jako bohatera, powiedzą że wcześniej też planował zamach, ale to nie był jeszcze właściwy moment. Ja natomiast mam nieodparte wrażenie, iż próba wyeliminowania Hitlera stanowiła skutek wyłącznie coraz trudniejszej sytuacji na froncie (m.in. niemożność powstrzymania Aliantów Zachodnich we Francji w okresie bezpośrednio po ich lądowaniu, kolejne porażki z sowietami na wschodzie). Proszę zwrócić uwagę, że dopóki wszystko szło dobrze, nikt z ludzi pokroju Stauffenberga w realny sposób nie próbował kwestionować wodzostwa Hitlera oraz jego roli w budowaniu potęgi III Rzeszy. Spiskowcy byli na swój sposób patriotami o tyle, że dostrzegając katastrofalną sytuację w lipcu 1944 roku i pogarszający się stan psychiczny Führera usiłowali zabić go, żeby ratować Niemcy. To jednak absolutnie nie oznacza, że byli oni jakimiś szlachetnymi, antynazistowskimi opozycjonistami. Ci ludzie od samego początki partycypowali w tej machinie agresji, zła, uciemiężenia innych narodów i dopiero gdy widmo porażki zajrzało im w oczy, zaczęli działać przeciwko Hitlerowi!

Fakt, iż współcześnie Niemcy nie potrafią wynaleźć zbyt wielu przykładów postaw sprzeciwu wobec nazizmu, w konsekwencji wynosi na piedestał oficerów takich jak Stauffenberg, czyniąc z nich symbol oporu względem zbrodniczego systemu. Ale po co polski prezydent chciał legitymizować swoją obecnością na obchodach „bohaterstwo” postaci, które de facto były naszymi wrogami? W imię czego? Może coś mi umknęło, ale nie przypominam sobie, żeby przedstawiciele najwyższych władz niemieckich z jakąś szczególną gorliwością spieszyli uczcić naszych bohaterów, którzy przez całą wojnę wyjątkowo ofiarnie walczyli z okupantem oraz przyniesioną przezeń nazistowską ideologią. A nawet jeśli by tak robili, dla przedstawicieli państwa polskiego nie jest to w żaden sposób zobowiązujące, ponieważ Niemcy ponoszą odpowiedzialność za rozpętanie II wojny światowej i powinni w związku z tym wykonywać podobne gesty pokory. Bynajmniej nie byłby to dla nas powód do wzajemności i czczenia Stauffenberga!

Jeszcze inną sprawą jest sam zamysł tego, co miałoby nastąpić, gdyby zamach się powiódł. W planach spiskowców był rzecz jasna rozejm, który stanowił jedyną szansę na uratowanie Niemiec przed porażką w walce na dwa (a właściwie trzy, bo należy wziąć pod uwagę także Włochy) fronty. Rozejm, który opierał się na konkretnych warunkach. Jednym z postulatów Stauffenberga i innych oficerów spisku było zachowanie niemieckiej granicy wschodniej w jej przebiegu z roku 1914! Oznacza to, że od Polski (jeśli takowa w ogóle miałaby istnieć) chciano odłączyć na rzecz Niemiec Wielkopolskę, Pomorze Gdańskie oraz Górny Śląsk! Czy takie „atrakcyjne” plany pojechał uczcić Bronisław Komorowski..?

W tym przypadku jest dla mnie rzeczą oczywistą, że nie można zakwalifikować postaci w oparciu o jeden czyn, którym była próba zamordowania Hitlera. Jakkolwiek sam zamach można oceniać w kategorii działania słusznego, nie stanowi on wiarygodnego miernika wartości prezentowanych przez samego Stauffenberga, który uważał Polaków co najwyżej za doskonały materiał do pracy niewolniczej. Czy naprawdę nie mamy lepszych kandydatów do upamiętnienia..?

Oczywiście, Bartosz Wieliński z Gazety Wyborczej i tak napisał, że w uczczeniu zamachowca przez Komorowskiego nie ma nic niestosownego.

Za to Stauffenberg uważał, że nie ma nic niestosownego w atakowaniu Polski i niewoleniu Polaków. Tyle w temacie!

-----------------

 

 
Ostatnio zmienianyponiedziałek, 20 lipiec 2015 22:10

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę

Fundacja W Imię Prawdy, KRS:0000473217, NIP: 701-039-10-23, REGON: 146821910

ul. Marii Konopnickiej 6/226, 00-491, Warszawa