Menu

Pilecki. Szkic do portretu

fot: ipn.gov fot: ipn.gov

Witold Pilecki został uznany za jednego z najodważniejszych żołnierzy II wojny światowej. Gdyby ktoś taki służył w Armii Stanów Zjednoczonych – zapewne byłby już bohaterem telewizyjnych seriali i hollywoodzkich megaprodukcji.

W Polsce powstał właśnie kameralny, fabularyzowany dokument zatytułowany „Pilecki”. Film przejmujący, ascetycznie prawdziwy, a równocześnie – użyjmy kategorii finansowej, bo dzisiejsze kino to także, a często przede wszystkim pieniądze – niskobudżetowy. I wszystko byłoby bardzo dobrze w jednym przypadku - gdyby taki niskobudżetowy, ascetyczny dokument powstał dlatego, że jego twórcy świadomie wybrali tę formę. A nie dlatego, że tylko taki mogli zrealizować.

Instytucja o nazwie Polski Instytut Sztuki Filmowej polska wydaje się tylko z nazwy, podobnie jak w czasie PRL-u polska i robotnicza była partia komunistyczna, a dziś obywatelska jest partia Tuska i Kopaczawej. Polski Instytut Sztuki Filmowej jest państwowy, a jeszcze lepiej – lewicowy, lewacki, zawłaszczony przez tę grupę, która wysysa z niego publiczne pieniądze. Niczym w starej anegdocie o Leninie, który mówił o kupowaniu od kapitalistów sznurka, żeby ich potem na nich powiesić. Podobnie – z Polskiego (nominalnie) Instytutu Sztuki Filmowej brane są pieniądze na filmy, które Polaków obrażają, przyprawiają im gęby antysemitów, fałszują polską historię. Dalej – PISF dofinansowuje filmy, promujące pederastię, atakujące Kościół (często oba priorytety można „załatwić” w jednym filmie, czego przykładem jest „W imię” Szumowskiej). Natomiast wszystko, co może robi tenże PISF, aby wykręcić się od dofinansowania produkcji patriotycznych lub takich, które mogą być nie w smak rządzącemu układowi. Taki los spotkał projekt filmu „Smoleńsk” Antoniego Krauzego (tu warto odnotować niesamowity współudział w zohydzaniu „Smoleńska” polskich reżyserów, którzy sami czerpią pieniądze z PISF pełnymi garściami). Tak też się stało w przypadku „Pileckiego”. Film został wyprodukowany bez publicznej dotacji PISF przez Stowarzyszenie Auschwitz Memento, zaś pieniądze zebrano w czasie publicznej zbiórki.

Głównym narratorem filmu jest syn rotmistrza – Andrzej Pilecki. Jego opowieść ilustrują sceny fabularne, grane przez aktorów (w roli tytułowej wystąpił Marcin Kwaśny). Film poznawczo cenny, można dowiedzieć się z niego także o mniej znanych faktach z życia bohatera – na przykład, że w kościele w Kredzie (dziś na terenie Białorusi) znajdują się do dzisiaj dwa obrazy namalowane przez Witolda Pileckiego: Matka Boska oraz św. Antoni z Dzieciątkiem (zainteresowanych przedwojennym życiorysem odsyłam np. do tekstu „Kresowa młodość rotmistrza Pileckiego” dostępnego na internetowej stronie tygodnika Polska Niepodległa). „Pilecki” to film dokumentalny, w jakimś sensie edukacyjny – i bardzo dobrze. Niemniej człowiek, którego życie wydaje się idealnym wręcz materiałem na scenariusz do megaprodukcji, wciąż nie doczekał się poświęconego sobie filmu fabularnego.

A realizatorzy Pileckiego mieli kilka pomysłów, świadczących że produkcja również w tę stronę mogłaby pójść. Spinająca całość klamra – scena z kilkuletnim Witoldem Pileckim, leżącym w bocianim gnieździe na szczycie drzewa i patrzącym w niebo, przenikanie twarzy bohatera w czarnobiałą fotografię, jaką robi się więźniom – najpierw w Auschwitz, potem w ubeckim śledztwie to dobre „knify”, mogące organizować fabularną całość wokół mocnych metafor. Scena z wojny 1920 roku, utrzymane w innym klimacie sceny z wojny obronnej 1939 roku, sceny z konspiracji, sceny z Auschwitz (szczucie więźniów psem), znowu z konspiracji – tym razem antykomunistyczna, w środku chwila „oddechu” w przedwojennym majątku Sukurcze na Kresach i na włoskim wybrzeżu w 1945 roku. Kilkunastu scenarzystów musiałby mocno wytężać głowę, żeby to wszystko wymyślić, a tutaj jedno życie samo podsuwa pomysły na dynamiczny, pełen zmiennych obrazów film.

Gdyby jednak film „Pilecki” miałby zostać zrealizowany w Hollywood byłby zapewne dla pewnych środowisk strasznie niewygodny. Bo przecież jasno trzeba by w nim pokazać, że w niemieckim obozie koncentracyjnym wśród więźniów byli Polacy, że to Polacy byli tam również poddawani prześladowaniom i eksterminacji, że trafiła tam w pierwszym rzędzie polska inteligencja. Jeżeli Auschwitz był więc „polskim obozem koncentracyjnym” to tylko w tym sensie, że był także miejscem kaźni Polaków. To również jeden z wątków filmu „Pilecki”. I właśnie dlatego fabularna superprodukcja jemu poświęcona powinna powstać w Polsce. I właśnie dlatego na europejskich i światowych salonach nigdy nie byłaby chwalona i fetowana tak jak „Ida” – nawet gdyby pod względem artystycznym ją przewyższała.

------------

Ostatnio zmienianyponiedziałek, 09 listopad 2015 23:00

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę

Fundacja W Imię Prawdy, KRS:0000473217, NIP: 701-039-10-23, REGON: 146821910

ul. Marii Konopnickiej 6/226, 00-491, Warszawa