Menu

Miasta utracone: Zaleszczyki

Wśród polskich miast utraconych na Kresach Wschodnich – Zaleszczyki nie należały do największych, ale pozostawały jednym z piękniejszych. Nazywane były „polską Riwierą”, dokąd wczasowiczów z Warszawy, Wilna, Lwowa i Poznania dowoziło „przedwojenne Pendolino”, czyli pociąg-wagon ekspresowy „Lux-Torpeda”. Współczesnym Polakom Zaleszczyki kojarzą się jednak nade wszystko z czarnym epizodem – drogą ucieczki i ewakuacji we wrześniu 1939 roku.

Profesor Stanisław Sławomir Nicieja w trzecim tomie monografii „Kresowa Atlantyda. Dzieje i miologia miast kresowych” tak opisuje Zaleszczyki: „Leżą w zakolu leniwie płynącego w tym miejscu potężnego Dniestru. Mają kształt ogromnego koła (kresowiacy mówili: rondla) z trzech stron oblanego wodą. Drogą lądową można było wjechać do miasta tylko od strony północnej, od Tarnopola i Czortkowa, a wyjechać na południe jedynie przez wielki most na wysokich przęsłach prowadzący do Rumunii, na Bukowinę. (...) W miesiącach letnich temperatura w tym najbardziej wysuniętym na południe zakątku II Rzeczpospolitej była wyjątkowo stabilna i zamykała się w skali od 25 do 30 stopni Celsjusza, ale zdarzały się dni, kiedy w słońcu dochodziła do 50 stopni. Wczasowicze nie odczuwali tam jednak męczących upałów, bo od szerokiego Dniestru szła nieustannie subtelna bryza.”

Klimat Zaleszczyk był niezwykle przyjazny: wiosna rozpoczynała się tutaj 2-3 tygodnie wcześniej niż w pozostałej części Podola. W przydomowych sadach dojrzewały winogrona, morele i brzoskwinie. „Było to miasto ogrodników i sławnej szkoły sadowniczej” – dodaje Nicieja. Szkoła sadownicza w Zaleszczykach była dla II Rzeczpospolitej swoistą „kuźnią kadr” w tej dziedzinie, tam hodowano nowe, bardziej płodne i odporne odmiany drzew oraz krzewów.

W Zaleszczykach istniały także hodowle jedwabników, których gąsienice karmiono liśćmi morwy. Do tego winnice – wykarczowane dopiero w Związku Sowieckim w ramach „walki z bimbrownictwem”. Jesienią w czasie Święta Winobrania do miasta przybywali Huculi w swoich barwnych ludowych strojach. Nic dziwnego, że Zaleszczyki były jedną z najbardziej atrakcyjnych miejscowości wypoczynkowych w Polsce. Ale nie tylko wypoczynkowych – pełniły także funkcję sanatorium, polecanego szczególnie dzieciom i osobom starszym. „Słońce, kąpiele rzeczne, wypoczynek i kuracja winogronowa” – reklamowano Zaleszczyki. Przyjeżdżali tutaj również artyści i literaci: Maria Dąbrowska, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, prozaik, legionista i przyjaciel marszałka Piłsudskiego Wacław Sieroszewski, satyryk Jerzy Jurandot. Wreszcie – to w Zaleszczykach Jan Kasprowicz napisał swój wielki hymn „Święty Boże, Święty Mocny”. Okoliczności powstania tego wiersza to temat na osobny tekst... Pod koniec życia, jesienią 1933 roku w Zaleszczykach wypoczywał także marszałek Józef Piłsudski.

Współcześnie Zaleszczyki pamiętamy nade wszystko poprzez pryzmat czarnej karty września 1939 roku. To właśnie szosą zaleszczycką uciekały dziesiątki tysięcy Polaków, chcących ewakuować się do Rumunii. Tak opisuje profesor Nicieja: „Na głównej drodze wiodącej ze Lwowa przez Tarnopol, Trembowlę i Czortków w kierunku granicy rumuńskiej, która wytyczona była na mostach w Kutach i Zaleszczykach, rozgrywały się sceny dantejskie. Obok tłumów przestraszonych ludzi na furmankach, z tobołkami, plecakami i walizkami, przemykały eleganckie limuzyny dygnitarzy państwowych, dyplomatów, artystów, kupców, biznesmenów. Nie brakowało przepełnionych do granic możliwości autobusów z omdlewającymi w ścisku pasażerami.” Chaos pogłębił nalot niemieckich samolotów, które na pełne uchodźców miasto zrzuciły ponad 100 bomb, chociaż w Zaleszczykach nie było żadnych obiektów wojskowych.

Wbrew rozpowszechnionej opinii – to nie szosą zaleszczycką uciekli do Rumunii przedstawiciele najwyższych polskich władz. Prezydent Ignacy Mościcki, premier Felicjan Sławoj-Składkowski oraz naczelny wódz marszałek Edward Rydz-Śmigły przekroczyli granicę kilkadziesiąt kilometrów dalej – w Kutach, przez most na Czeremoszu, 17 września 1939 roku. Trzy dni później w Kutach byli już Sowieci, którzy zabili m.in. kaprala Tadeusza Dołęgę-Mostowicza, w cywilu najbardziej poczytnego autora tworzącego w czasie międzywojnia, autora wielu bestsellerowych powieści, m.in. „Kariery Nikodema Dyzmy”.

Niestety, dziś Zaleszczyki kojarzą nam się z tamtym ciemnym rozdziałem - symbolicznym końcem II Rzeczpospolitej, a nie z „polską Riwierą”, nie z winogronami oraz morelami dojrzewającymi w pięknym zakolu Dniestru.

Źródło: Stanisław Sławomir Nicieja – „Kresowa Atlantyda. Historia i mitologia miast kresowych. Tom III”, Wydawnictwo MS, Opole 2013.

-----------------------------------

 

Ostatnio zmienianyniedziela, 06 wrzesień 2015 18:29

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę

Fundacja W Imię Prawdy, KRS:0000473217, NIP: 701-039-10-23, REGON: 146821910

ul. Marii Konopnickiej 6/226, 00-491, Warszawa