Menu

Miasta utracone – Borysław i Drohobycz

Czy ktoś dzisiaj pamięta, że II Rzeczpospolita była niemal samowystarczalna pod względem zaopatrzenia w ropę naftową? Działo się tak za sprawą zagłębia naftowego w okolicach Borysławia i Drohobycza. Miasta te na przełomie XIX i XX wieku nazywane były „galicyjską Pensylwanią”. Niemniej określenie takie uznać należy za błędne. To raczej w Stanach Zjednoczonych istniał „amerykański Borysław”. Bo w Borysławiu ropę naftową wydobywano wcześniej i w większych ilościach niż w Pensylwanii.

Pasjonującą historię Drohobycza i Borysławia oraz wielkich fortun, jakie rodziły się tam dzięki ropie naftowej opisał profesor Stanisław Sławomir Nicieja w swojej książce „Kresowe trójmiasto. Truskawiec – Drohobycz - Borysłąw”: „Czar szybkiego bogacenia, snujący się po Drohobyczu, ściągał tam oprócz inwestorów, przemysłowców, bankowców, kupców, inżynierów, wiertaczy, eksperymentatorów, wynalazców, różnej maści niebieskie ptaki, poszukiwaczy przygód i fortun, awanturników i szulerów. Rosły jak grzyby po deszczu drohobyckie pałacyki i wille bogaczy. Po ulicach przemykały najdroższe bentleye, mercedesy, packardy, fiaty i austro-daimlery, mijając chłopskie drewniane furmanki.” A skąd się wzięła nazwa tej miejscowości? Wersji jest kilka. Według najbardziej prawdopodobnej, miasto założyli koloniści spod krakowskiego Biecza. Stąd zruszczona nazwa Drohoj Biecz, czyli Drugi Biecz.

Równie bajeczna była historia pobliskiej „polskiej Kolchidy”, czyli Borysławia, którego fortuna także wyrosła dzięki ropie naftowej. Jak podają kronikarze – w roku 1909 w niewielkim jeszcze Borysławiu sprzedano więcej szampana niż w stołecznym Wiedniu. A ówcześni magnaci naftowi potrafili dla fantazji i wygrania zakładu jeździć po ulicach saniami w środku lata. Aby to było możliwe – wystarczyło kazań wysypać na bruk kilka ton cukru. Już w XV wieku znajdujemy w źródłach historycznych pierwsze wzmianki o Borysławiu, którego ludność utrzymywała się wtedy z myślistwa, rybołówstwa oraz... wydobywania z dołów kopanych na łąkach czarnej, nieprzyjemnej w zapachu mazi, która służyła do smarowania kół w wozach oraz kołowrotów w studniach. Ta maź na pod koniec XIX wieku uznana została za „czarne złoto”, które zapewniło wielu mieszkańcom Borysławia bajeczne fortuny, ale – przyznajmy to szczerze – setkom innym także ciężką pracę w „czarnym piekle”, czyli przy naftowych odwiertach.

Warto zaakcentować, że przemysł ogólnoświatowy przemysł naftowy narodził się w polskim Lwowie. Sposób destylacji nafty z ropy naftowej opracował bowiem pracujący w lwowskiej aptece Ignacy Łukasiewicz. On też wynalazł lampę naftową, która wkrótce rozświetliła całą Europę i Amerykę. Wróćmy do Borysławia. Pisze prof. Nicieja: „Tuż przed wybuchem II wojny światowej tzw. wielki Borysław był pod względem zajmowanego obszaru trzecim co do wielkości miastem w Polsce, po Warszawie i Łodzi. Na przestrzeni 15 kilometrów było 1300 otworów wiertniczych. Stąd pochodziło 70% ropy wydobywanej w Polsce. Z kopalni wosku ziemnego uzyskiwano 85 ton tego surowca miesięcznie. A zaczęło się tak niewinnie. W 1835 roku z 30 czynnych studzien (szybików) czerpano po cztery kwarty (16 litrów) ropy dziennie.” W rekordowym 1909 roku w Borysławiu wydobywano 2 miliony ton ropy naftowej.

Rop naftową trzeba było gdzieś przerabiać. W pobliskim Drohobyczu w czasie II Rzeczpospolitej istniał Polmin, czyli Państwowa Fabryka Olejów Mineralnych – w swoim czasie największa i najnowocześniejsza rafineria w całej Europie. Zatrudnionych w niej było około 2 tysięcy robotników, którzy zarabiali wielkie jak na realia II Rzeczypospolitej pieniądze: od 600 do 2 tysięcy złotych. Polmin otaczał swoich pracowników niezwykłą – jak byśmy to dzisiaj nazwali – opieką socjalną. Większość z pracowników Polminu mieszkała w specjalnie zbudowanej dla nich kolonii mieszkaniowej, gdzie mieściła się nowoczesna szkoła podstawowa, stadion, pływalnia, klub, biblioteka, sklepy i oczywiście kaplica. Mieszkańcy mieli do dyspozycji trzy autobusy, które służyły wyjazdom na zakupy oraz na wycieczki i – w czasie sezonu – na grzybobrania. Firma pokrywała pracownikom różne koszty związane z utrzymaniem mieszkań: opłaty za gaz, prąd, kanalizację, fundowano też bezpłatne bilety autobusowe. Pisze prof. Nicieja: „Polmin był chlubą polskiego przemysłu lat międzywojennych, może nie tak sławny jak Gdynia, czy Centralny Okręg Przemysłowy – sztandarowe dzieło ministra Eugeniusza Kwiatkowskiego – ale na pewno dający pracę i płacę, dumę i prestiż tysiącom ludzi, inżynierom i robotnikom, którzy latami go budowali.” Rafinerię ostatecznie unicestwił nalot amerykańskich bombowców 26 czerwca 1944, niszczących zakład pracujący wówczas na rzecz zajmujących Drohobycz Niemców. Gdy niecałe 2 tygodnie później do Drohobycza wkraczała armia sowiecka, Polmin się dopalał.

Drohobycz był miejscem symbolicznej sceny, jakby pieczętującej upadek niepodległej Polski. To w tym mieście we wrześniu 1939 roku uścisnęli sobie ręce oficerowie dwóch armii najeźdźców: niemieckiej i sowieckiej, pieczętując tym samym zwycięstwo zbrodniczego antypolskiego sojuszu dwóch zbrodniczych totalitaryzmów.

Dzisiaj w powszechnej świadomości Drohobycz najczęściej kojarzy się z pisarzem Bruno Schulzem. Warto jednak pamiętać, że z okolicami tego miasta związany był także jeden z malarzy polskiej historii i polskiego patriotyzmu, Artur Grottger. Grottger był kresowiakiem z krwi i kości, z ducha, wykształcenia i pochodzenia. Urodził się w powiecie podhajeckim na Podolu, wykształcenie zdobywał w Stryju, Lwowie i Wiedniu, pochowany został na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie. Żył zaledwie 30 lat – przedwcześnie zabiła go gruźlica. Pod koniec swego życia znalazł schronienie w dworze hrabiego Stanisława Tarnowskiego w Śniatynce pod Drohobyczem oraz w dworze drugiego z braci Władysława Tarnowskiego. To właśnie tam w ostatnich dwóch latach życia Grottger namalował 36 obrazów, w tym cykl „Lituania” oraz obrazy przedstawiające powstanie styczniowe. „Można postawić śmiało hipotezę, że pobyt Grottgera w majątkach Tarnowskich pod Drohobyczem i warunki, jakie mu tam stworzono, przedłużyły życie autora „Polonii” i „Lituani” – pisze prof. Nicieja.

Po 1945 roku pracownicy borysławskiego zagłębia naftowego zostali wysiedleni w okolice Wałbrzycha. Na temat tych dwóch miast utraconych - Borysławia i Drohobycza zapanowało w PRL-u głuche milczenie. Każde wspomnienia o nich byłoby bowiem potwierdzeniem faktu, że Związek Sowiecki zawłaszczając nasze ziemie wschodnie zrabował nie tylko „biedne, rolnicze Kresy”, ale także bogate i nowoczesne zagłębia przemysłowo-wydobywcze.

(MH)

Źródło: Stanisław S. Nicieja – „Kresowe Trójmiasto. Truskawiec – Drohobycz, Borysław”, Wydawnictwo MS, Opole 2009.

-------------------------

 

Ostatnio zmienianyśroda, 26 sierpień 2015 17:04

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę

Fundacja W Imię Prawdy, KRS:0000473217, NIP: 701-039-10-23, REGON: 146821910

ul. Marii Konopnickiej 6/226, 00-491, Warszawa