Menu

Miasta utracone: Kałusz

Kałusz kojarzy się przede wszystkim z dwoma sprawami: kopalniami soli potasowych oraz dzwonami. Warto przy okazji zdać sobie sprawę, że Polskie Kresy Wschodnie do dzisiaj pozostają krainą zakopanych, straconych bezpowrotnie dzwonów.

Komunistyczna propaganda utrwala stereotyp biednych, rolniczych i zacofanych cywilizacyjnie Kresów Wschodnich, w zamian za które po II wojnie światowej Polska uzyskała uprzemysłowione i bogate tzw. Ziemie Odzyskane. Czyli – dowodzili propagandziści, na tej zamianie mieliśmy wyjść dobrze. Opowieści o biedzie i zacofaniu Kresów Wschodnich II Rzeczpospolitej to oczywiście ewidentna bzdura. Wystarczy sięgnąć do faktów: w Drohobyczu istniał POLMIN, czy najnowocześniejsza w ówczesnej Europie rafineria ropy naftowej, zaś Polska była de facto samowystarczalna, jeśli chodzi o wydobycie tego surowca. Natomiast w Kałuszu działało jedno z największych w II Rzeczpospolitej przedsiębiorstw, czyli TESP – Towarzystwo Eksploatacji Soli Potasowych. W 1939 roku TESP zatrudniał 20 tysięcy osób i produkował pół miliona ton sztucznych nawozów dla rolnictwa rocznie. Kałusz, tak jak Drohobycz, był więc jednym z największych ośrodków przemysłowo-gospodarczych w międzywojennej Polsce. Kto dziś jeszcze o tym pamięta?

Kałusz leży w województwie stanisławowskim. W roku 1469 król Kazimierz Jagiellończyk ufundował w leżącej w dobrach królewskich wsi Kałusz katolicki kościół parafialny. Z kolei prawa miejskie nadał Kałuszowi król Zygmunt August w roku 1549. Już wówczas miejsce to było ośrodkiem wydobycia soli. Nawiązuje do tego herb Kałusza przedstawiający poza literą K i półksiężycem 3 bałwany soli. Kałusz położony był na terenach wyjątkowo bogatych w minerały soli potasowej. Wielkość złóż stebnicko-kałuskich oceniano w okresie międzywojennym na 70-100 milionów ton. Kiedy na przełomie XIX i XX wieku opracowano technologię produkcji sztucznych nawozów dla rolnictwa – dla Kałusza rozpoczął się czas prosperity.

Nie tylko ze sztucznych nawozów słynął Kałusz, ale również z dzwonów. Tutaj bowiem powstała słynna ludwisarnia, prowadzona przez wielopokoleniową rodzinę Felczyńskich. Tradycja tej „fabryki dzwonów”, sięga roku 1808, kiedy Michał Felczyński założył tam pierwszą, firmę zajmującą się odlewaniem dzwonów. Profesor Stanisław Sławomir Nicieja w książce „Kresowa Atlantyda. Dzieje i mitologia miast kresowych” pisze: „Stał się pierwszym ludwisarzem w tej części Europy. Początkowo nie miał stałego warsztatu. Wędrował od parafii do parafii i na miejscu odlewał dzwony. Nie bardzo wiemy, jakim sposobem osiągał wysoką temperaturę do odlewu dzwonu (1200 stopni Celsjusza), jak urządzał paleniska i jak przewoził formy. Stałą ludwisarnię w Kałuszu założył w 1854 roku dopiero jego syn, również Michał.”

Ta firma stałą się rodzinną tradycją. W 1912 roku założyła filię w Przemyślu. Relacjonuje prof. Nicieja: „Poza Polską dzwony Felczyńskich trafiały do Europy, Afryki, obu Ameryk, a nawet Australii. Felczyńscy pracowali tradycyjnymi metodami i odnosili spektakularne sukcesy międzynarodowe. W 1927 roku na wystawie światowej w Paryżu zdobyli Grand Prix. W 1939 roku na wystawie światowej w Nowym Jorku prezentowali cztery dzwony pokryte ornamentyką o tematyce historycznej. Wybuch wojny sprawił, że nie wróciły one do Polski. Jeden z nich znajduje się obecnie w Stamford (Connecitut).” Po zajęciu Kałusza przez Sowietów w roku 1939 firmę zarekwirowano, a część członków rodziny wywieziono na Sybir – m.in. wdowę po Michale Felczyńskim i jej dwie córki. Po II wojnie światowej firma jednak odrodziła się w Przemyślu. Istnieje do dziś, od 1977 roku nosząc nazwę Odlewnia Dzwonów Janusz Felczyński S.C.

Tutaj słowo o kresowych dzwonach. Dzwony były zawsze łakomym łupem dla najeźdźców – wszak można je było przetopić na potrzeby produkcji zbrojeniowej. Dlatego do dziś Kresy to w jakimś sensie Kraina Zakopanych Dzwonów. Dlaczego? Oddajmy głos niezrównanemu prof. Stanisławowi S. Niciei: „Gdy w 1921 roku kończyła się wojna polsko-bolszewicka zawartym w Rydze pokojem, jednym z jego postanowień było, że Polacy mają odzyskać około 10 tysięcy dzwonów. To obrazuje skalę zjawiska wojennej grabieży dzwonów. Pamiętajmy, że na przykościelnych dzwonnicach wisiało ich często po kilka, a w niektórych kresowych miastach było nawet kilkanaście świątyń. Jeszcze w 1940 roku Hermann Goering, druga osoba w Niemczech po Hitlerze, wydał zarządzenie o rekwizycji wszystkich dzwonów w okupowanej Polsce. Podobnie uczynił Wiaczesław Mołotow, premier ZSRR, na terenach okupowanych przez bolszewików. Polacy na Kresach, chcąc ocalić dzwony swoich świątyń, poczęli tajemnie, ryzykując życiem, pod osłoną nocy ściągać je z wież i zakopywać w zamaskowanych miejscach: po jarach i wąwozach, w lasach i zagajnikach. Łudzono się że po wojnie zostaną wydobyte z kryjówek i wrócą do świątyń i na wieże ratuszowe. Tymczasem ci, którzy brali udział w ich ukrywaniu, najczęściej nie przeżyli wojny albo musieli uciekać na zachód, bez szans powrotu do rodzinnych wsi i miasteczek, i tajemnicę zabrali ze sobą do grobu.” Tak więc w kresowej ziemi wciąż spoczywają polskie dzwony. Czyżby miały już nigdy się nie odezwać?

Źródło: Stanisław Sławomir Nicieja – „Kresowa Atlantyda. Historia i mitologia miast kresowych. Tom III”, Wydawnictwo MS, Opole 2013.

-----------------------------

 
Ostatnio zmienianyponiedziałek, 03 sierpień 2015 22:05

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę

Fundacja W Imię Prawdy, KRS:0000473217, NIP: 701-039-10-23, REGON: 146821910

ul. Marii Konopnickiej 6/226, 00-491, Warszawa