Menu

Miasta utracone: Brzeżany

Dziś wielu młodych Polaków nawet nie potrafi dokładnie wskazać, gdzie leżą Brzeżany. Kresy zostały nam zabrane nie tylko z przestrzeni geopolitycznej. Co gorsza, wyrwano je również z polskiej pamięci historycznej i tożsamości. Bo jak inaczej można wytłumaczyć niepamięć, brak wiedzy o Brzeżanach, w których istniała kaplica równa kaplicy na Wawelu?

Brzeżany leżą na Podolu, w dawnym województwie tarnopolskim. Jak wiele miast na naszych Ziemiach Wschodnich – pełniły kiedyś funkcję twierdzy, mającej chronić Rzeczpospolitą przed kolejnymi inwazjami wschodniej dziczy. Zamek w Brzeżanach był wielokrotnie szturmowany przez wojska tatarskie, tureckie, kozackie i cieszył się sławą jednego z najtrudniejszych do zdobycia. Profesor Stanisław Sławomir Nicieja podaje w swojej książce „Kresowa Atlantyda. Historia i mitologia miast kresowych” ciekawą informację: „Ze względu na dużą ilość wysokich dowódców, którzy wywodzili się z Brzeżan, Czesław Mączewski w patriotycznym piśmie Wiarus z 19 marca 1938 r. nazwał to miasto za kolebkę hetmanów.” Jeżeli ktoś chciałby podać przykład upadku edukacji historycznej we współczesnej Polsce – wystarczy, że zapyta gimnazjalistów, licealistów, a nawet studentów, jakie polskie miasto było „kolebką hetmanów”.

Wielki ród Sieniawskich

Fortuna Brzeżan była związania z rodziną Sieniawskich - jednym z najpotężniejszych magnackich rodów pierwszej Rzeczpospolitej. Oddajmy głos profesorowi Niciei: „Sprawowali najwyższe urzędy państwowe: starostów, wojewodów, kasztelanów, hetmanów, marszałków. Nie sięgnęli tylko po jeden tytuł i godność – króla, ale byli tego blisko.” Jednak można śmiało powiedzieć, że Sieniawscy byli królom niemal równi. Jeden z najwybitniejszych przedstawicieli roku Mikołaj Sieniawski (1489-1569) zaprzyjaźniony był z królem Zygmuntem Augustem. Pisze prof. Stanisław Nicieja: „O powadze i potędze Mikołaja Sieniawskiego w Rzeczypospolitej świadczy fakt, że gdy umarł podczas obradującego w tym czasie w Lublinie sejmu, król Zygmunt August, wspólnie z senatorami, postanowił w hołdzie pójść pieszo do Brzeżan za trumną wiezioną zdobionym złotem i szmaragdami karawanem. W baszcie brzeżańskiej po tym pogrzebie umieszczono ogromny obraz olejny przedstawiający króla i senatorów idących za trumną.”

Zamek wzniesiony przez Mikołaja Sieniawskiego zdobył sławo najbogatszej budowli tego typu w XVI-wiecznej Rzeczpospolitej. Sieniawscy szczycili się nie tylko przyjaźnią królów, ale i pokrewieństwem z Jagiellonami. Między innymi dlatego – jak pisze prof. Nicieja – „wznieśli więc w swym zamku kaplicę rodową, która miała w bogactwie i kunszcie artystycznym przewyższać kaplicę królewską na Wawelu. Ten zamiar po części im się udał.” Nie miejsce tu na dokładny opis kaplicy, niemniej warto odnotować, że w jej wnętrzu wzniesiono dwupiętrowe pomniki z białego i czarnego alabastru, przedstawiające Sieniawskich jako śpiących rycerzy. Bogactwo i przepych tej architektonicznej perły rzeczywiście przewyższały Wawel. Tyle, że pod pomnikami nie leżeli królowie, a kresowi magnaci...

Proces destrukcji zamku w Brzeżanach rozpoczął się za Austriaków, po pierwszym rozbiorze Polski. To swoisty wyjątek – zagłada wielu pereł Polskich Kresów była dziełem Sowietów, którzy zajęli te ziemie we wrześniu 1939. Brzeżany miały pecha – po wygaśnięciu rodu Sieniawskich zamek przeszedł we władanie rodziny Czartoryskich, którzy nie dbali już tak o piękną rezydencję. Po I rozbiorze miasto przeszło pod panowanie Austriaków, a ci w zamku urządzili koszary i stajnie dla koni. Natomiast kaplica stała się magazynem wina oraz wódki. W lwowskiej prasie rozległy się protesty: o „oburzających aktach profanacji i świętokradztwa” pisał poeta Kornel Ujejski, podobnie wypowiadał się Aleksander Fredro. Na niewiele to się zdało – II Rzeczpospolita objęła zamek zdewastowany, a do ostatecznej ruiny doprowadziły go czasy komunizmu. Warto jednak wciąż pamiętać, że był to „drugi Wawel”.

Wzlot i upadek Rydza

Brzeżany to „miasto hetmanów”. Ostatnim w ich rzędzie był... marszałekEdward Rydz-Śmigły. Jego życiowa droga ułożyła się niezwykle – z nizin na szczyt, a potem z powrotem w dół. Wszak to jego postać stała się symbolem tchórzliwej ucieczki wodza, porzucającego walczących żołnierzy. Edward Rydz urodził się w Brzeżanach w roku 1886. Był synem Tomasza Rydza – kowala z Wieliczki, który odbywał służbę wojskową właśnie w Brzeżanach raz sprzątaczki i praczki, Rusinki (Ukrainki) Marii Babiak. Przyszły marszałek dzieciństwo spędził w skrajnej nędzy, a kiedy miał 10 lat – w 1896 roku umarli oboje jego rodzice. Wtedy po raz pierwszy „wygrał los” na loterii życia. Został adoptowany przez znanego brzeżańskiego lekarza doktora Tadeusza Uranowicza. Już jako kilkunastoletni chłopiec Rydz swoimi talentami zdobył serca nie tylko przybranej rodziny Uranowiczów, ale i wielu znanych brzeżańskich rodzin. Jako uczeń grał w szkolnym teatrze, ujawnił zdolności malarskie. Właśnie dlatego obywatele Brzeżan sfinansowali jego studnia na krakowskiej ASP. Tam był uczniem m.in. Leona Wyczółkowskiego. Ponoć jeszcze w czasie nauki w gimnazjum znana kresowa chiromantka Michalina Widmanowa z Brzeżan wywróżyła Rydzowi wielką karierę wojskową.

Tak też się stało. Był dowódcą III batalionu Legionów Polskich, w czasie wojny polsko-sowieckiej w stopniu generała porucznika dowodził I oraz II Armią. W wieku 50 lat Edward Rydz-Śmigły został marszałkiem Polski i naczelnym wodzem. Pisze prof. Nicieja: „Wzbudzał podziw. Zgrabna, wysportowana sylwetka, lekko nieśmiały uśmiech na twarzy, bystre, wyrozumiałe oczy – to wszystko budziło zaufanie w ludziach. Plakat z jego fotografią w czapce marszałkowskiej i napisem „Jesteśmy silni zwarci i gotowi” – uspokajał i dawał poczucie bezpieczeństwa.” Fortuna Rydza runęła, kiedy 18 września 1939 opuścił Polskę przez most na Czeremoszu w Zaleszczykach, w chwili, gdy armia jeszcze walczyła. Wódz uciekający, wódz porzucający żołnierzy – tak narodziła się czarna legenda Rydza. Wyraził to Marian Hemarwe wstrząsającym, napisanym w 1940 roku wierszu. Oto jego fragment:

Kiedy pan przejeżdżał granicę –

Po raz wtóry tej nocy, kulawy

Staruszek, jenerał Sowiński,

Padł na Woli, broniąc Warszawy.

Gdy przed panem na rumuńskim moście

Strażnik szlaban szeroko otworzył.

Po raz wtóry w tę noc siwą głowę

Pod Cecorą Żółkiewski położył.

W deszcz wrześniowy nagle powiało

Gorzkim majem płaczącym w niemocy.

To chmurny Marszałek Piłsudski

Po raz wtóry umarł tej nocy.

Ponoć Rydz myślał o samobójstwie, jednak nie zdecydował się na nie. Mimo to spróbował odzyskać honor. Wydał ostatni rozkaz personalny, w którym zdegradował się do stopnia kaprala. Po ucieczce z obozu internowania w Alpach Transylwańskich – ukrywał się na Węgrzech, skąd w październiku 1941 roku przedostał się pieszo przez szlak tatrzański do okupowanej Polski. Mimo nasilających się bólów serca kierował konspiracyjnym Obozem Polski Walczącej. Zmarł 2 grudnia. Pochowany został na Powązkach pod nazwiskiem Adam Zawisza.

Biłyk, czyli honor

Przyjacielem Rydza-Śmigłego jeszcze z Brzeżan (uczyli się w jednym gimnazjum) był ostatni wojewoda lwowski Alfred Biłyk. Wydawało się, że będzie „lwowskim Starzyńskim”. Kiedy we wrześniu 1939 oddziały Wehrmachtu podchodziły pod Lwów – wygłosił radiowe przemówienie, zapowiadając obronę miasta do upadłego. Obiecał, że wytrwa w nim do końca. Dzień później jako urzędnik państwowy - otrzymał polecenie służbowe (w warunkach wojny rozkaz) ewakuacji do Munkacza na Węgrzech. Tam jednak 19 września 1939 strzelił sobie z pistoletu w skroń. Pozostawił pożegnalny list: „Nie mogłem walczyć we Lwowie, gdyż zgodnie z wytycznymi Szefa Rządu opuściłem go w warunkach, które mogą słowa moje pozostawić w pozornej sprzeczności z tym czynem. Dalsze moje życie zdaje się nie przedstawiać wartości dla Polski. Być internowanym do końca wojny nie chcę. Chcę ocalić honor.” Rydz i Biłyk – dwa przyjaciele z Brzeżan, jeden honor, dwa różne wybory.

Alfred Biłyk nie widział zagłady Rzeczpospolitej, Ziem Wschodnich i Brzeżan. Najpierw Sowieci, potem Niemcy, znów Sowieci – cały czas ukraińscy mordercy z OUN/UPA. Jak pisze Nicieja: „W dniach 29-30 czerwca 1941 Niemcy przeprowadzili niszczycielskie bombardowanie Brzeżan. Pożary były tak potężne, że nocą można było czytać gazety przy ich łunach. 7 lipca 1941 roku, podobnie jak we wrześniu 1939 r., Ukraińcy i brzeżańscy komuniści witali Armię Czerwoną, tym razem ukraińscy nacjonaliści z OUN chlebem i kwaśnym mlekiem witali przy mostku na Złotej Lipie dowództwo Wehrmachtu. (MH)

Źródło: Stanisław Sławomir Nicieja – „Kresowa Atlantyda. Historia i mitologia miast kresowych/ Tom I”, Wydawnictwo MS, Opole 2012.

-----------------------------

 
Ostatnio zmienianyśroda, 22 lipiec 2015 20:33

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę

Fundacja W Imię Prawdy, KRS:0000473217, NIP: 701-039-10-23, REGON: 146821910

ul. Marii Konopnickiej 6/226, 00-491, Warszawa