Menu

Kresowe kundle wierne do ostatka

fot. bookhaven.stanford.edu/wikipedia.org/zyciebytomskie.pl

Tylko Polak czystej krwi może rozumieć polskie sprawy” – takie zdanie usłyszałem niedawno. Zapewne zostało wypowiedziane w dobrej wierze, jednak trudno zgodzić się z nim a priori. Historia polskich Kresów dowodzi bowiem, że Polakami wiernymi do ostatka byli ludzie genetycznie wywodzący się z innych narodowości. Polskość uwiodła ich niczym piękna i mądra kobieta, z którą chce się być do końca życia – na dobre i złe.

Kresy jawią się jako konglomerat kultur i narodowości. Wszystkim głosicielom prawdy o „wielokulturowości” naszych Kresów Wschodnich warto jednak przypominać, że owe dodatki – ormiańskie, żydowskie, niemieckie, ruskie (od słowa Rusin, czyli dzisiejszy Ukrainiec) były tylko bakaliami w olbrzymim cieście polskości, dodawały jej smaku, ale w żaden sposób nie umniejszały dominanty polskości w rozwoju i fortunie Kresów. Także w wielu ludziach stamtąd – domieszki krwi ormiańskiej albo niemieckiej nie umniejszały ich oddania i wierności Polsce. Byli żarliwymi patriotami, gotowymi swoją miłość do Rzeczpospolitej pieczętować także daniną krwi.

Poeta karmi wszy

Najwybitniejszy polski poeta debiutujący po 1945 roku, czyli Zbigniew Herbert (1924-1998) prezentował „mieszkankę krwi”, jaka na Kresach nie była wcale rzadkością. Ze strony ojca ród Herbertów wywodził się bowiem z angielskiej szlachty, która nie chcąc się wyrzec katolicyzmu skazana została na banicję. Protoplasci Herberta – według relacji – przybyli najpierw do Westfalii, stamtąd do Austro-Węgier, aż wreszcie do Lwowa, znajdującego się po rozbiorach Polski w monarchii habsburgów. W familię ze strony ojca wplotła się także krew ormiańska – babka Zbigniewa, Maria z Bałabanów pochodziła z ormiańskiej, całkowicie już spolonizowanej rodziny. Po latach poeta w swoim ostatnim tomiku poświęci jej wiersz zatytułowany „Babcia”: „moja przenajświętsza babcia / w długiej obcisłej sukni / zapinanej / na niezliczoną ilość / guzików / jak orchidea / jak archipelag / jak gwiazdozbiór // siedzę na jej kolanach / a ona mi opowiaa / wszechświat / od piątku / do niedzieli // zasłuchany / wiem wszystko - / co od niej // nie zdradza mi tylko swego pochodzenia // babcia Maria z Bałabanów / Maria Doświadczona // nic nie mówi / o masakrze / Armenii / masakrze Turków // chce mi zaoszczędzić / kilku lat złudzenia”.

Także ze strony matki rodzina Zbigniewa Herberta nie była rdzennie polska. Jego babka „po kądzieli” - Austriaczka Christiana Lenius urodziłas w Grazu (lub Linzu) w roku 1872. Z takim kulturowo-genetycznym dziedzictwem został Zbigniew Herbert poetą uniwersalnym, poetą „czytelnym i czytanym” oraz cenionym w całej Europie, a także poza granicami Starego Kontynentu. Z drugiej strony – pozostawał żarliwym polskim patriotą. W czasach stalinowskich, kiedy polskie elity literackie masowo kolaborowały z komunizmem (późniejsza noblistka Wisława Szymborska pisała wówczas wiersze o Leninie – „nowego człowieczeństwa Adamie”) Herbert wycofał się z życia literackiego. Nie publikował, podejmował prace fizyczne, a z braku środków do życia – przez pewien czas oddawał również krew za pieniądze. Czynił tak między innymi wespół z późniejszym opozycjonistą, więźniem politycznym, współzałożycielem Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, a także Komitetu Obrony Robotników Wojciechem Ziembińskim.

Poeta oddawał krew za pieniądze, aby znaleźć środki na życie w czasach, kiedy tabuny pisarzy na usługach partii komunistycznej żyły w luksusach. Kiedy po latach Herbert napisał w słynnym wierszu „Przesłanie Pana Cogito” słowa „idź wyprostowany wśród tych co na kolanach / wśród odwróconych plecami i obalonych w proch” – to (dziś możemy to stwierdzić) pisał także o postawie, jaką sam w życiu zachowywał. A oddawanie krwi za pieniądze – cóż, nie była to dla poety pierwszyzna. W czasie okupacji swoją krwią karmił bowiem wszy tyfusowe w lwowskim instytucie prof. Rudolfa Weigla.

Niemiec z krwi, Polak z duszy

Rudolf Weigl (1883-1957) to kolejny z kresowych „Polaków ochotniczych”. Ze Zbigniewem Herbertem łączy go jedno – obaj nie otrzymali Nagrody Nobla, chociaż Herbertowi należała się ona znacznie bardziej niż Szymborskiej, zaś Weigl był do niej wielokrotnie zgłaszany. Rudolf Weigl urodził się na Morawach w rodzinie tamtejszych Niemców. Po wczesnej śmierci ojca wychowywał go ojczym - Józef Trojnar, profesor gimnazjów w Jaśle i Stryju. To dzięki niemu młody Rudolf chłonął polską kulturę i tradycję, którą jako dojrzały człowiek świadomie wybrał, choć wiązało to się z ryzykiem – w czasie niemieckiej okupacji odmówił podpisania reichslisty.

Rudolf Weigl przeszedł do historii jako wynalazca szczepionki przeciw tyfusowi, co – oprócz przewrotu kopernikańskiego i wynalezienia lampy naftowej – pozostaje największym polskim wkładem w światową naukę i rozwój cywilizacyjny. Warto zaznaczyć, że zarówno lampa naftowa, jak i szczepionka na tyfus plamisty wynalezione zostały w jednym z najbardziej polskich miast, czyli we Lwowie.

Weigl przez niemal całe dorosłe życie – aż o zawłaszczenia tego miasta przez Sowietów – związany był ze Lwowem. Na tamtejszym Uniwersytecie ukończył w 1907 roku studia przyrodnicze, a sześć lat później uzyskał stopień doktora habilitowanego. W czasie I wojny światowej został zmobilizowany do wojska – wówczas jako parazytolog zajął się wówczas badaniem tyfusu plamistego, zwanego również durem brzusznym, którego epidemie dziesiątkowały Europę. Opracował pierwszą w świecie skuteczną szczepionkę przeciw tej chorobie. I stał się sławny na całym świecie, przeprowadzając udaną akcję szczepień w katolickich misjach w Chinach. Epidemię powstrzymano, a Weigl otrzymał wśród wielu zaszczytów także najwyższe odznaczenie papieskie – order św. Grzegorza. Z kolei w 1939 roku opanował epidemię tyfusu w Abisynii. Do jego lwowskiego Instytutu przyjeżdżali naukowcy z całego świata. Weigl do badań, a potem do produkcji szczepionek używał wszy zarażonych przez riketsje, czyli bakterie wywołujące tę chorobę.

Po wybuchu wojny – z usług profesora korzystali zarówno Sowieci, jak i Niemcy. To stworzyło niezwykłą okazję: Weigl chronił zagrożonych ludzi, gdyż zatrudnienie w jego Instytucie było gwarancją uniknięcia wywózek lub aresztowania. Jako „karmiciele wszy” w Instytucie Weigla pracowali między innymi żołnierze Armii Krajowej i osoby zagrożone. Chronione były w sposób podwójny: po pierwsze sam fakt pracy w Instytucie Weigla zapewniał bezpieczeństwo, po drugie – widząc osobę pokazującą takie papiery, niemieccy żandarmi woleli czym prędzej zakończyć procedurę legitymowania, wiedząc że człowiek ów ma kontakt z wszami tyfusowymi. Na „papierach” Instytutu Weigla poruszali się m.in. kurierzy Armii Krajowej, zaś szacuje się, że dzięki pracy w Instytucie profesor ocalił około 5 tysięcy osób. W większości zatrudniani byli oni jako karmiciele wszy – wśród nich znalazł się m.in. Zbigniew Herbert.

Po II wojnie światowej w komunistycznej Polsce profesora Weigla próbowano oskarżać o kolaborację z Niemcami. W tej kwestii sytuacja jest jasna – profesor odmówił zarówno podpisania reichslisty, jak i przeniesienia swego Instytutu do Berlina. Wykorzystując fakt, że Niemcy potrzebowali szczepionek – uzyskał od nich autonomię w zatrudnianiu pracowników, zaś porcje szczepionek potajemnie przekazywane były również do dyspozycji Armii Krajowej. Na propozycję podpisanie reichslisty Weigl odpowiedział: „Człowiek raz na całe życie wybiera sobie narodowość. Ja już wybrałem.” Mimo to Niemcy próbowali nadal go przekonać, wysyłając w tym celu do profesora osobistego wysłannika Heinricha Himmlera – generała Katzmanna. Katzmann nie tylko przekonywał, ale i groził, czyniąc aluzje, że w razie odmowy Weigla może spotkać los taki, jaki był udziałem innych lwowskich profesorów zamordowanych przez Niemców na Wzgórzach Wuleckich. Rudolf Weigl – Niemiec z krwi, Polak z duszy odrzekł dumnie: „Jako biolog znam zjawisko śmierci i często myślę o śmierci, bo życie stało się takie smutne i beznadziejne. Więc możecie mi zrobić przysługę i mnie zabić, albo musicie mnie akceptować jako polskiego profesora narodowości polskiej.” Paradoksem pozostaje fakt, że w czasie wojny swoich wpływów w Sztokholmie użyli Niemcy i Weigl nie dostał Nobla. Tak samo zadziałały w 1948 roku władze komunistyczne – zgłoszony przez Szwedzką Akademię Nauk do Nobla Weigl ostatecznie nie otrzymał tej nagrody, gdyż komuniści przedstawiali go jako niemieckiego kolaboranta.

Burmistrz, który pracował za darmo

Polakiem mógł zostać również w jednym zaledwie pokoleniu Węgier. Dowodzi tego historia Karola Dudry (1871-1950), którego niedawno przypomniał profesor Stanisław Sławomir Nicieja. W drugim tomie jego książki „Kresowa Atlantyda. Historia i mitologia miast kresowych” znajduje się rozdział poświęcony miastu Skole w Karpatach. Skole dziś znajduje się na terytorium Ukrainy, przed II wojną światową należało do województwa stanisławowskiego w Polsce. Skole nazywane było „mekką europejskich myśliwych”. Do istniejącego tam bajecznego pałacu baronów Groedlów zjeżdżała na polowania arystokracja z całej Europy. Pisząc o Skolem Nicieja przypomina postać jego burmistrza z czasów II Rzeczpospolitej – Karola Dudry - charakterystyczną dla Kresów postać „wielokulturowca”, dla którego Polska stała się ojczyzną z wyboru i miłości. Z pochodzenia był bowiem Węgrem urodzonym w Turiarematte. Do Skolego przyjechał jako dziecko z rodzicami, którzy wkrótce zmarli. Jako sierota znalazł w Skolem opiekunów – austriacką rodzinę Wagnerów, którzy przybyli do Skola z Grazu i prowadzili tam sklep z wyrobami kolonialnymi. Karol Dudra ukończył we Lwowie Szkołę Handlową, a kiedy Wagner osiągnął wiek emerytalny – przekazał mu swój interes.

Karol Dudra interes rozwinął jeszcze bardziej. Stał się nie tylko kupcem, ale również hurtownikiem. Jak pisze profesor Nicieja skleo Dudry „jako jedyny w całej okolicy oferował przywożone z hurtowni Budapesztu, Wiednia i Jugosławii delikatesy: migdały, rodzynki, daktyle, cynamon i różnosmakowe papryki oraz wszelkiego rodzaju ingrediencje”. Prowadził też wypożyczalnie nart, sprzedawał rowery (sam był zapalonym cyklistą). Kiedy Polska odzyskała niepodległość – mieszkańcy Skola wybrali Dudrę burmistrzem. Ten wcześniej wybrał dla siebie najatrakcyjniejszą ofertę kulturową – mogąc być Węgrem, Austriakiem, czuł się Polakiem. Funkcję burmistrza sprawował przez cały okres międzywojenny – długie 17 lat. W magistracie nie pobierał za swoją pracę żadnego wynagrodzenia – dochód przynosiły mu sklepy oraz wille, w których wynajmował pokoje turystom. Dziś wydaje się to niecodziennie, ale wówczas takie były standardy – do rządzenia szli ludzie bogaci i szlachetni, traktując tę misję jako służbę publiczną. Dziś do polityki często idą drobne cwaniaczki, widząc możliwość dorobienia się i kręcenia lodów.

Pisze profesor Stanisław S. Nicieja: „Jako bumistrz Dudra działał z rozmachem. Dbał o estetykę miasteczka. Tworzył wokół letniska dobrą markę, która miała ściągać turystów. Jego dziełem były utwardzone ulice, porządne chodniki, park miejski, ścieżki spacerowe do lasu, most nad rzeką Opór i plaża z pawilonem nad Oporem. (...) Jego główną zasługą było wybudowanie w Skolem elektrowni według projektu lwowskiego inż. Stanisława Szafnickiego. (...) Drugą ważną inwestycją burmistrza Dudry była nowoczesna szkoła, która do dziś jest jednym z największych budynków w Skolem.” Profesor Nicieja odnotowuje również: „Rodzina burmistrza Dudry przeżyła wojnę w komplecie. Miała wyjątkowe szczęście, bo w tamtych czasach śmierć czyniła spustoszenie we wszystkich rodzinach. Po miesiącach tułaczki przez Węgry, Austrię i Niemcy Dudrowie dotarli do kraju. U schyłku życia Karol Dudra znalazł pracę w Domu Wypoczynkowym koło Szklarskiej Poręby. Zmarł w 1950 roku.”

Zbigniew Herbert zmarł w Warszawie, prof. Rudolf Weigl w Zakopanem, a Karol Dudra w Bytomiu. Wszyscy na swój sposób udowadniali, że kresowy mieszaniec potrafi być w najszlachetniejszy sposób wierny Polsce.

Marcin Hałaś

Źródła: Joanna Siedlecka – „Pan od poezji”, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2002, http://www.lwow.home.pl/rudolf-weigl.html ,http://pl.wikipedia.org/wiki/Rudolf_Weigl , Stanisław S. Nicieja – „Kresowa Atlantyda. Dzieje i mitologia miast kresowych”, t. II, wyd. MS 2013.

 

 

 
Ostatnio zmienianyponiedziałek, 29 czerwiec 2015 12:46

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Powrót na górę

Fundacja W Imię Prawdy, KRS:0000473217, NIP: 701-039-10-23, REGON: 146821910

ul. Marii Konopnickiej 6/226, 00-491, Warszawa